Dlaczego ściąganie jest pójściem na łatwiznę?

- Brak komentarzy

Nie wiem czy znalazłby się student, który nigdy, ale to nigdy niczego nie ściągnął. Nawet największy kujon choć raz, niby od niechcenia i zupełnie niechcący, zapuścił żurawia do kolegi obok.  Zastanawiające jest, że w Polsce jest to tak popularne. Będąc na Erasmusie, zauważyłam, że Finowie nie ściągają w ogóle. Wychodzą z założenia, że uczą się dla siebie samych a nie dla samej idei studiowania, co mnie, z jednej strony mocno zdziwiło, z drugiej urzekło.

Nie potrafię sobie przypomnieć momentu, w którym zaczęłam ściągać i powodu, dla którego to robiłam. Podejrzewam, ze zaczęło się od niewinnego zerkania do koleżanki w celu sprawdzenia, czy aby na pewno 2 +2 = 4. Później zapanowała dziwna próżnia, z której nie mogę nic sobie przypomnieć. Po prostu im dalej w las, tym ciemniej. Droga na skróty coraz częściej stawała się moim świadomym wyborem. W pewnym momencie, okazało się, że nie miałam już nad tym kontroli a egzaminy na studiach zależały od szczęścia i wykładowcy. A właściwie jego dobrej woli –  czy da ściągnąć.

 

 

Oczywiście, to nie jest tak, że całe lata studiowania spędziłam na robieniu ściąg, bo nie. Były egzaminy, na które albo musiałam, albo po prostu chciałam się nauczyć. Niestety, całą resztę olewałam do granic możliwości. Nadszedł dzień, w którym zaczęłam się zastanawiać, czy aby to przepisywanie ma sens i czy na pewno tego chce. Wiecie co, okazało się, że nie, niekoniecznie.

W chwili obecnej, nie byłabym w stanie zdać wszystkich egzaminów bez żadnej pomocy czynników zewnętrznych. To ostatni rok studiów, nad głową wisi praca magisterska, do tego biegam między pracą a uczelnia, w domu jestem dopiero późnym wieczorem i najzwyczajniej w świecie, brakuje mi sił na naukę. Jedyne o czym jestem w stanie myśleć po powrocie do domu, to łóżko, gaucamole i dobra książka/film. I jak tu zjeść ciastko i mieć ciastko?

WIEM!

W programie studiów nigdy nie jest tak, że mamy 100 % ciekawych przedmiotów, związanych z naszym kierunkiem. Jest to duża mieszanka, a często zdarzają się przedmioty, które musimy zaliczyć tylko po to, żeby zdobyć brakujące punkty ECTS. W ten sposób, mamy przedmioty z psychologii roślin albo mitologię mistycznych zwierząt (zmyślam, ale na pewno takie przedmioty się zdarzają!).

 

 

W wolnej chwili rozpisałam przedmioty, które: lubię, podobają mi się, związane są z moimi kierunkiem i tym, co chcę robić w przyszłości oraz na te, które: mnie wkurzają, są beznadziejne, przypadkowe i służą tylko do zbierania punktów ECTS. Spisałam to w formie tabelki i sporządziłam sobie legendę, która służyła mi do oznaczenia przedmiotów z trudnym, średnim i łatwym zaliczeniem. Na końcu stworzyłam ranking przedmiotów, na które chcę się nauczyć, później na które muszę a na końcu, które olewam. Moim celem było przeczytanie (chociaż raz) materiału na każdy egzamin, próba napisania testu samemu i w sytuacjach kryzysowych posiłkowania się notatkami. Taki układ w moim przypadku sprawdził się idealnie i podbudował moje zdeptane, studenckie ego.

Musiałabym przyznać się do wrodzonej hipokryzji, gdybym powiedziała, że nie ściągam, bo owszem robię to. Nie wiem czy to wynika z lenistwa czy z przyzwyczajenia. Dlaczego my ściągamy tak dużo, a np. Finowie w ogóle? Jaki sens ma przepisywanie, czy aby na pewno nie jest to droga na skróty, która później zaowocuje wielkimi brakami w naszej wiedzy? Cóż, nie da się ukryć, że w pewien sposób robimy sobie krzywdę. Ale jak jej sobie nie robić, kiedy do napisania praca dyplomowa, godziny w pracy i milion egzaminów?

Wiem, że ściąganie to pójście na skróty, ale to także linia najmniejszego oporu w tym zwariowanym, pędzącym i chaotycznym świecie.

Zaliczonej sesji,

Mela

Napisz komentarz